Lekarz obala popularny mit o zimie. Jest dokładnie odwrotnie
Mróz wraca każdej zimy nie tylko w prognozach pogody, ale i w rozmowach. „W końcu wymrozi te wszystkie wirusy” – słyszymy często. To jednak jedno z najbardziej uporczywych zdrowotnych złudzeń. „My wirusy w laboratoriach przechowujemy w minus 80 stopniach” – mówi dr Paweł Grzesiowski, Główny Inspektor Sanitarny.
Czy mróz zabija wirusy?
Nie, mróz nie wytłucze wirusów – podkreśla wprost dr Paweł Grzesiowski. – Mikroorganizmy w niskich temperaturach wchodzą w formę mniej aktywną, ale przeżywają. My wirusy w laboratoriach zamrażamy nawet do minus 80 stopni Celsjusza.
Wirus nie jest „żywą istotą” w klasycznym sensie.
To taka plątanina białek, okruch genetyczny, który po prostu fruwa w powietrzu – tłumaczy lekarz. Mróz nie rozrywa go na kawałki i nie dezaktywuje trwale. Zatrzymuje jedynie jego aktywność.
To właśnie ten mechanizm wyjaśnia, dlaczego zimą obserwuje się wyraźny wzrost infekcji dróg oddechowych. Wiele wirusów, w tym wirusy grypy i koronawirusy, przeżywa dłużej i pozostaje zakaźnych przez dłuższy czas w zimnych i suchych warunkach. Niska temperatura i niska wilgotność nie tylko im nie szkodzą, ale wręcz sprzyjają ich stabilności w środowisku.
Zobacz więcej: Niebywałe sceny na studniówce. Nagranie hitem sieci
Zimne powietrze pomaga wirusom „podróżować”
Do biologii dochodzi fizyka. W suchym, zimowym powietrzu mikroskopijne kropelki wydzielane podczas oddychania, mówienia czy kaszlu szybciej parują. Zmieniają się w jeszcze mniejsze aerozole, które unoszą się w powietrzu dłużej. To zwiększa szansę, że zostaną wdychane przez inne osoby.
W praktyce oznacza to, że zimne, suche powietrze nie tylko sprzyja przetrwaniu wirusów, ale też ułatwia im dotarcie do kolejnego gospodarza. Kluczowe jest też to, co dzieje się w naszym organizmie.
Błony śluzowe ust i nosa długo pozostają schłodzone, zanim ogrzeje je krew. I to jest moment, kiedy wirus ma najlepsze warunki do ataku – wyjaśnia dr Grzesiowski.
Wdychanie zimnego powietrza obniża temperaturę w nosie i drogach oddechowych, prowadząc do zwężenia naczyń krwionośnych. Mniejszy przepływ krwi oznacza słabsze dostarczanie komórek odpornościowych. Lokalna odpowiedź immunologiczna, pierwsza linia obrony – staje się mniej skuteczna.
Zobacz więcej: Wypadek na DK10 w okolicy Torunia. Z samochodu nic nie zostało
Czemu bakterie rzadziej atakują jako pierwsze?
Dr Grzesiowski zwraca uwagę na istotną różnicę między wirusami a bakteriami.
Z bakteriami jest trochę inaczej, bo to większe struktury, zawierają wodę, więc ich „odmrażanie” trwa dłużej – tłumaczy.
W okresach silnych mrozów rzadziej obserwuje się pierwotne epidemie bakteryjne.
Nie widzimy teraz epidemii salmonelli czy meningokoków. Choroby bakteryjne bardzo często pojawiają się jako powikłanie po infekcji wirusowej. To wirus toruje drogę bakteriom – podkreśla.
Znaczenie ma też sposób przenoszenia.
Wirus jako maleńki „okruszek” może fruwać w powietrzu i być przenoszony na większe odległości. Bakteria zwykle potrzebuje bliskiego kontaktu – mówi GIS.
Mróz nie „czyści” więc przestrzeni z patogenów. Zmienia jedynie ich dynamikę. Wirusy świetnie znoszą zimowe warunki, a bakterie częściej czekają, aż osłabiony organizm otworzy im drogę.
Czy mróz jest groźniejszy niż same wirusy?
Zdaniem dr. Grzesiowskiego przy silnych mrozach zagrożenia zdrowotne nie kończą się na infekcjach.
Niskie temperatury oznaczają intensywne ogrzewanie, a to prowokuje znacznie większy smog – mówi. Zanieczyszczenia dodatkowo obciążają układ oddechowy i cały organizm.
Drugim poważnym zagrożeniem jest bezpośrednia ekspozycja na zimno.
Człowiek nie jest w stanie długo wytrzymać na silnym mrozie. W ciągu godziny czy dwóch może dojść do hipotermii, która bywa zjawiskiem śmiertelnym i nieodwracalnym – ostrzega.
Czy mróz ma jakiekolwiek zdrowotne „plusy”?
Przy nagłym, ostrym spadku temperatury nie widzę pozytywów – mówi wprost GIS. Zaznacza jednak, że czym innym jest ekstremalna fala zimna, a czym innym kontrolowana ekspozycja.
Pozytywy pojawiają się wtedy, gdy organizm jest systematycznie konfrontowany z chłodem, jak u osób morsujących. To forma treningu – tłumaczy. Podkreśla jednak, że to nie jest „naturalna szczepionka” na wirusy.