Tragedia podczas mszy, nie żyje uwielbiany ksiądz. „Zabrał ks. Władysławowi szansę na życie”
Ksiądz Władysław Antończyk kilkanaście dni temu zasłabł na mszy świętej. Wierni od razu rzucili się na pomoc i pobiegli po defibrylator. Niestety, urządzenie nie zadziałało, a duchowny zmarł.
Ksiądz zasłabł na mszy
Na początku stycznia w Święto Objawienia Pańskiego podczas mszy świętej zasłabł ksiądz Władysław Antończyk. Duchowny stracił przytomność w trakcie sprawowania Eucharystii w kościele w Choroszczy, a wierni od razu rzucili się na pomoc.
Kilkadziesiąt metrów od świątyni znajdował się defibrylator, który miał uratować życie księdza. Niestety, nie zadziałał. Na miejsce przyjechało pogotowie, które zabrało duchownego do szpitala. Rozpoczęła się walka o życie.
Nie żyje ksiądz Władysław Antończyk
Niestety po kilkunastu dniach walki o życie, ksiądz Władysław Antończyk zmarł w szpitalu. Jak się podaje portal o2.pl, defibrylator, który mógł uratować duchownego nie zadziałał z prostej przyczyny – nie miał baterii.
W toku śledztwa okazało się, że ktoś okradł oba dostępne w Choroszczy urządzenia AED i zabrał z nich baterie oraz przewody. Są to kluczowe elementy, bez których sprzęt nie zadziała.
Magdalena Zmieńko z Choroszczy podkreśliła w rozmowie z „Super Expressem” swoje oburzenie i smutek, zaznaczając, że kradzież sprzętu mogła pozbawić księdza realnej szansy na uratowanie życia.
Nie wiem, czy ten podły złodziej zdaje sobie sprawę, że ukradł nie tylko głupią baterię, ale zabrał księdzu Władysławowi szansę na życie! – podkreśliła mieszkanka Choroszczy.
Inny z mieszkańców zwrócił uwagę, że skradzione urządzenia miały służyć ratowaniu ludzi, a w ich miejscu pozostały jedynie puste obudowy. Dodał również, że lokalna społeczność wciąż nie potrafi pogodzić się z faktem, iż ktoś zdecydował się na tak bezduszny czyn.
Zobacz też: Rosjanie wściekli po słowach Nawrockiego. Ostra reakcja Kremla
Ksiądz Władysław Antończyk był uznanym kapłanem
Ksiądz Władysław Antończyk cieszył się w Choroszczy dużym szacunkiem i sympatią mieszkańców. Parafianie zapamiętali go jako osobę otwartą i mocno zaangażowaną w sprawy lokalnej wspólnoty. Wcześniej posługiwał w San Marino, a po powrocie do rodzinnego miasta aktywnie podtrzymywał relacje z parafianami. Informacja o jego niespodziewanej śmierci wstrząsnęła wiernymi i wywołała powszechne niedowierzanie.
Władze miasta przekazały, że zniszczone elementy defibrylatorów zostaną zastąpione nowymi, choć naprawa może potrwać jeszcze kilka tygodni. Wśród mieszkańców pojawiają się jednak pytania, jak mogło dojść do sytuacji, w której urządzenie ratujące życie okazało się niedostępne w decydującej chwili.