Paragony grozy nad Bałtykiem. Tyle trzeba zapłacić za kawałek dorsza
Sezon turystyczny nad polskim morzem dopiero się rozpoczyna, a urlopowicze już muszą mierzyć się z gwałtownym wzrostem cen w punktach gastronomicznych. Za porcję ryby z dodatkami trzeba dziś zapłacić nawet dwukrotnie więcej niż jeszcze kilka lat temu, co wywołuje spore oburzenie wśród odwiedzających.
Ceny nad Morzem Bałtyckim
Większość nadmorskich smażalni stosuje tradycyjny system rozliczeń, podając na tablicach ceny za 100 gramów produktu. W Darłowie za 100 g smażonego dorsza zapłacimy obecnie 17 zł (czyli aż 170 zł za kilogram), flądra kosztuje około 15 zł, a filet z łososia nawet 18 zł.
W Trójmieście stawki są jeszcze wyższe. Halibut dochodzi do 24 zł za 100 g. Ponieważ standardowa porcja obiadowa waży zazwyczaj od 150 do 250 gramów, ostateczna cena samej ryby na rachunku może mocno zaskoczyć.
Zobacz więcej: Nawet 8000 zł od NFOŚiGW za zbieranie deszczówki. Każdy może skorzystać
Ile kosztują zestawy obiadowe nad morzem?
Dla klientów, którzy wolą uniknąć niespodzianek przy kasie, alternatywą są gotowe zestawy o określonej gramaturze. Ich ceny również jednak porażają:
-
Zestaw z dorszem (ryba, frytki, surówka) w Trójmieście: od 57 zł do 62 zł.
-
Zestaw z halibutem: około 66 zł.
-
Dodatki kupowane osobno: frytki to koszt od 10 do 19 zł, a zestaw surówek od 8 do 14 zł.
Dla porównania, w 2020 roku za pełny obiad z dorszem klienci płacili średnio 34-37 zł. Dziś wyżywienie czteroosobowej rodziny w pasie nadmorskim staje się luksusem. Turyści wprost przyznają, że ceny rzędu 70-80 zł za osobę zaczynają ich skutecznie odstraszać od wypoczynku nad Bałtykiem.
Zobacz więcej: Szokujące odkrycie na strychu. Spod wełny szklanej wystawał łokieć
Dlaczego jest tak drogo? Restauratorzy tłumaczą
Wysokie ceny nie wynikają jedynie z chęci większego zysku właścicieli lokali. Kluczowym problemem jest dramatycznie niska dostępność ryb w samym Morzu Bałtyckim.
Teraz dorsz na polskim wybrzeżu w smażalniach w przytłaczającej większości jest zagraniczny, atlantycki. Czyli jest on duński, norweski lub islandzki. Na świecie ryba jest generalnie droga i jej importowanie do Polski nie jest tanie – wyjaśnia Grzegorz Hałubek, prezes Związku Rybaków Polskich w Ustce.
Do kosztów surowca dochodzą drastycznie rosnące koszty prowadzenia samej działalności gastronomicznej (energia, pensje pracowników, czynsze).
Rybacy rezygnują z biznesów
Kryzys w branży najmocniej uderza w samyc
Zestaw z dorszem (ryba, frytki, surówka) w Trójmieście: od 57 zł do 62 zł.
Zestaw z halibutem: około 66 zł.
Dodatki kupowane osobno: frytki to koszt od 10 do 19 zł, a zestaw surówek od 8 do 14 zł.
Dla porównania, w 2020 roku za pełny obiad z dorszem klienci płacili średnio 34-37 zł. Dziś wyżywienie czteroosobowej rodziny w pasie nadmorskim staje się luksusem. Turyści wprost przyznają, że ceny rzędu 70-80 zł za osobę zaczynają ich skutecznie odstraszać od wypoczynku nad Bałtykiem.
Zobacz więcej: Szokujące odkrycie na strychu. Spod wełny szklanej wystawał łokieć
Dlaczego jest tak drogo? Restauratorzy tłumaczą
Wysokie ceny nie wynikają jedynie z chęci większego zysku właścicieli lokali. Kluczowym problemem jest dramatycznie niska dostępność ryb w samym Morzu Bałtyckim.
Teraz dorsz na polskim wybrzeżu w smażalniach w przytłaczającej większości jest zagraniczny, atlantycki. Czyli jest on duński, norweski lub islandzki. Na świecie ryba jest generalnie droga i jej importowanie do Polski nie jest tanie – wyjaśnia Grzegorz Hałubek, prezes Związku Rybaków Polskich w Ustce.
Do kosztów surowca dochodzą drastycznie rosnące koszty prowadzenia samej działalności gastronomicznej (energia, pensje pracowników, czynsze).
Rybacy rezygnują z biznesów
Kryzys w branży najmocniej uderza w samych rybaków, którzy przez restrykcyjne przepisy Unii Europejskiej masowo likwidują swoje biznesy. Wprowadzone limity (np. zakaz łowienia dorsza czy ograniczenie do jednego łososia na kuter) sprawiają, że wypływanie w morze przestało być opłacalne.
Wielu z nich decyduje się na zezłomowanie kutrów i szukanie zatrudnienia w lepiej prosperującej turystyce lądowej. Jeszcze bardziej uzależnia to polskie smażalnie od drogiego importu.